Popular Posts

Recent Posts

Text Widget

Text Widget

About me

About Me

Moje zdjęcie
♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥

Followers

Subscribe

Flickr Images

Like us on Facebook

Popular Posts

Search

Type your search keyword, and press enter

Ordered List

Contact Us

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *

poniedziałek, 23 lipca 2012

Feriae

          No comments   
 ♫ Radical Face "Welcome Home"
„Jestem jak aparat fotograficzny z otwartą przesłoną, aparat całkiem bierny, taki który nie myśli, tylko rejestruje. Rejestruje mężczyznę golącego się w oknie naprzeciwko i kobietę w kimonie, zajętą myciem włosów. Kiedyś to wszystko będzie musiało zostać wywołane, zdjęcia starannie odbite, utrwalone"
Christopher  Isherwood "Pożegnanie z Berlinem"

Powinnam się wziąć za czytanie o grotesce, albo skończenie "W poszukiwaniu straconego czasu", zamiast tego pochłaniam "Pożegnanie z Berlinem" i myślę o tamtych czasach, o klimacie starych kawiarni i beztroskiego, artystycznego życia bez grosza przy duszy . Wizja II WŚ ściąga mnie na ziemię, powinnam cieszyć się, że dane mi jest żyć w czasach pokoju. Cóż i tak wolę myśleć o tym, niż o innych, znacznie mniej przyjemnych rzeczach, które tylko czekają, aż nie będę miała innego zajęcia, by znów zaatakować. Szczerze? Chciałabym, żeby już była szkoła. Po prostu rzucić się w wir przygotowań do matury. Mieć coś do roboty. Nie mieć czasu na niepotrzebne, złe myśli i na strach. Kiedy ma się wakacje nie tak łatwo jest uciec, nawet gdy staramy sobie zapełnić każdą godzinę. Nie mam powodów, żeby być zmęczoną. Nie mogę się motywować kolejną zdobytą oceną. Na razie, w przeciwieństwie do innych, nie myślę o maturze, chociaż pewnie niedługo to się zmieni. Póki co przeraża mnie to, co będzie po niej. Tysiąc rzeczy do załatwienia, a ja nie wiem gdzie się zwrócić. Nie wiem nawet co chcę robić. Wiem tylko, czego nie chcę. No i wiem gdzie chcę. Miasto możliwości nie przestaje o sobie przypominać. Chciałabym znowu być w Berlinie. Wiedząc to, co wiem teraz nie przejmowałabym się tak stresem i strachem, powrotem do domu, korzystaniem z kuchni i łazienki. Może więcej cieszyłabym się tym pobytem. Może bym więcej pisała. Nie, nie powinnam żałować. Zrobiłam to najlepiej jak mogłam, drugi raz na pewno zachowałabym się tak samo. Kot w pełnym mieszkaniu.

sobota, 14 lipca 2012

Berlin

          No comments   
♫Alanis Morissette "Guardian"
No i jestem wreszcie w miejscu, gdzie wszyscy mnie rozumieją, gdzie niczego nie mogę przewrócić, gdzie mam własne łóżko, nie będące jedynie atrapą w obcym salonie, swój komputer i swoje własne życie, zamiast podsłuchiwania strzępków cudzego... I wiecie co? Cholernie mi z tym źle. Palce nie trafiają już w klawisze, ekran wydaje się za duży, pokój za cichy. Przywiązałam się przez te śmieszne dwa tygodnie. Także do stresu, strachu i braku słów. Po pierwszych siedmiu dniach, ba, może nawet w połowie drugich, nie sądziłam, że tak będzie. Może dlatego, że jak mówią: na koniec jest zawsze najlepiej... Ale ja nie mam takich doświadczeń. Bardziej dlatego, że im jest coś bardziej wartościowe tym trudniej przychodzi. Dlatego właśnie myślę, że nie zazdroszczę tym wszystkim otwartym ludziom, tak łatwo potrafiącym rozmawiać z każdym o wszystkim. Oni mają swoje drogi, ja swoją. To miała być relacja, zabawna historia, która jest dobra na bloga, wyszedł nieco chaotyczny bełkot. Przez dwa tygodnie wysyłałam tym, którzy wiedzą, różne strzępki tej opowieści, ale nie sądzę, żebym kiedykolwiek opowiedziała ją w całości. Po prostu nie potrafiłabym. Te wszystkie zwykłe, szare, zabawne, głupie, straszne dni i sytuacje, które prawdopodobnie tylko dla mnie mają jakąkolwiek wartość... Tak zresztą być powinno - jako dziecko doszłam do wniosku, że im gorsza jest dana chwila w rzeczywistości, tym lepiej się o niej mówi, teraz mogę jedynie dodać, że najlepsze chwile to takie, o których nie da się opowiedzieć w ogóle, bo każdy inny odpowiedziałby "I cóż w tym ciekawego?" ( a przecież najważniejsza część naszego życia dzieje się w głowie). Pozostaje mi mieć tylko nadzieję, że to wszystko jest gdzieś we mnie, że coś, nawet niedostrzegalnie, zmieniło i że pewnego dnia stanie się widoczne w czymś o wiele ważniejszym niż niemiecki akcent. W końcu to były 2 tygodnie spędzone w Berlinie - mieście, które z niewiadomej przyczyny zawsze było dla mnie ważne, a teraz powoli staje się moim domem... I obym mogła tam jeszcze kiedyś wrócić.

wtorek, 10 lipca 2012

Alanis

          2 comments   

       Piszę tu, bo to chyba jedyne miejsce,  w którym spokojnie mogę się pojarać  pewną cudowną kanadyjką, która właśnie „zrobiła mi dzień” (a może noc). Alanis Morissette, bo o niej mowa, to moja miłość dzieciństwa, towarzyszka niezliczonych podróży do Szczecina, podczas których z tatą w kółko słuchaliśmy jej płyt. Oczywiście, było to, jak zwykle w tym wieku, uczucie niezbyt świadome, gdyż moja wiedza ograniczała się do tego, że jest sobie pewna pani , która gra na harmonijce i śpiewa o tym, że jedną rękę ma w kieszeni, a drugą pali fajkę. Ponowne spotkanie z Alanis to już czasy „Flavors of Entanglement” i mój tata usiłujący przetłumaczyć „Not as we”, podczas gdy ja zakochuję się w „In Praise of the Vulnerable Man" . Po krótkich poszukiwaniach zdałam sobie sprawę, że znam i lubię całkiem sporą liczbę jej piosenek z radia i MP3. Od tamtego czasu co jakiś czas znajduję na jej płytach lub  otchłani youtube jakąś jej piosenkę, która mnie zachwyca i w ten sposób poznałam już prawie całą jej dyskografię. A dziś właśnie, o boże to nie do wiary, widziałam tę Alanis Morissette (której nazwiska nadal nie umiem wymówić) na żywo…
        Bilety na koncert kupiłam w sklepiku na Alex (i tu podziękowania dla autora mapy, która mnie tam doprowadziła) – 50 euro, ale nawet mama powiedziała, że warto było. Linią U7 dotarłam na miejsce bez przeszkód. Koncert odbywał się w miejscy znanym jako Cytadela Spandau, która w istocie była cytadelą z murami, fosą i mostem. Impreza była dla mnie wyjątkowa z kilku powodów, przy czym pierwszym jest sama osoba wokalistki – kobiety i nie – japonki, co jest o tyle znaczące, że Alanis pozostaje jedyną przedstawicielką płci pięknej, którą słucham, z wyjątkiem kilku popowych piosenek (wszyscy mamy chwile słabości). Po drugie koncert był bardzo duży, na pewno większy niż wszystkie, niszowego bądź co bądź, jrocka. Po trzecie odbywał się na dworze, nie w klubie i teoretycznie na siedząco. Zastanawiało mnie więc jaka będzie panowała atmosfera. Przy wchodzeniu panowała niezwykła kultura i spokój, wejście było szerokie, nie przypominające ciasnych korytarzy klubów, a zresztą ludzie w przedziale wiekowym 1 – 70 to nie tłum nastolatek walczących na śmierć i życie o miejsce jak najbliżej ukochanego muzyka. W środku panował istny festyn, ludzie jedli, pili i bawili się. Kupiwszy sobie kanapkę z rybą, udałam się na swoje miejsce. Tam też zapoznałam się z siedzącymi obok mnie Polakami z Wrocławia. Koncert rozpoczął się z półgodzinnym, dość przewidywalnym, opóźnieniem. Gdy tylko na scenie pojawiła się Alanis, tłum wstał i wiedziałam, że nie mam czego szukać na siedzącym miejscu. Opuściłam więc moich Polaków i poszłam szukać ludzi, którzy mają ochotę trochę poskakać. Miejsce z boku sceny dawało, co prawda, nieco gorszy widok, ale za to było tam zdecydowanie żywiej. Ludzie rozkręcali się powoli, przez kilka pierwszych piosenek, na które niestety przydało także moje ukochane „All I really want”, które dzielnie usiłowałam śpiewać, choć wersja koncertowa znacznie różniła się od tej znanej mi z nagrania. Po kilku utworach, głównie ze starszych płyt, powoli zaczynało się robić coraz ciekawiej. A kiedy doszło do takich znanych piosenek jak „Ironic” czy „Hand In My Pocket” śpiewali już wszyscy. W ten sposób odkryłam, że nie tylko młodzi ludzie umieją piszczeć i świetnie się bawić, bo starsze panie, matki z dziećmi i faceci z brzuchami piwnymi też dawali z siebie wszystko. Alanis również była pełna energii, skakała, dziękowała fanom i robiła za pomocą swojego niesamowitego głosu wszystko, by koncert pozostał niesamowitym wydarzeniem. Mogliśmy również podziwiać jej grę na gitarze klasycznej i elektrycznej oraz na harmonijce. Na koniec, jak zwykle, nie mogłam  uwierzyć, że już jest po wszystkim. Oczywiście brakowało mi kilku piosenek, przede wszystkim „Right Through You”, „Are You Still Mad” lub też „Not The Doctor”, ale muszę przyznać, że znalazło się i tak wystarczająco wiele uwielbianych przeze mnie utworów. Pozostało tylko wracać niemożliwie zatłoczonym U7 do Neukolln. Cóż, nawet gdy to wszystko opisałam, nadal nie wierzę, że widziałam na żywo TĘ Alanis Morissette.
    Na koniec jedno brzydkie zdjęcie mojego autorstwa (czekam na oficjalne) oraz Zitadelle Spandau od góry - jak widać to całkiem magiczne miejsce na koncert pod gołym niebem, a ja chcę jeszcze wyrazić swoją niezwykłą wdzięczność za dobrą pogodę, bez której nic by się nie udało. Idę spać, bye.