Popular Posts

Recent Posts

Text Widget

Text Widget

About me

About Me

Moje zdjęcie
♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥

Followers

Subscribe

Flickr Images

Like us on Facebook

Popular Posts

Search

Type your search keyword, and press enter

Ordered List

Contact Us

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *

wtorek, 18 grudnia 2012

Phobos

          No comments   
Ktoś dziś mnie opuścił w ten chmurny dzień słotny...

Kto? Nie wiem... Ktoś odszedł i jestem samotny...

Ktoś umarł... Kto? Próżno w pamięci swej grzebię...


Ktoś drogi... wszak byłem na jakimś pogrzebie...


Tak... Szczęście przyjść chciało, lecz mroków się zlękło.


Ktoś chciał mnie ukochać, lecz serce mu pękło


Leopold Staff "Deszcz jesienny"


Chciałabym jakoś podsumować rok (po co, dlaczego, nie wiem), ale nie umiem znajdować już odpowiednich słów. Chyba jestem głupia. Być może coś zyskałam, ale dużo więcej straciłam. Zwłaszcza wiary w siebie i innych ludzi.

sobota, 6 października 2012

Desiderium

          No comments   
♫ The Proclaimers "I'm gonna be"
Chciałabym mieć pewność, że jeśli teraz się postaram, to wszystko będzie dobrze.
Chciałabym żeby, za wszystko w życiu była nagroda.
Chciałabym, żeby zasada równorzędnej wymiany naprawdę działała.
Chciałabym wierzyć w sprawiedliwość, nawet taką, na którą długo trzeba czekać.
Chciałabym wiedzieć, co znaczy pracować ciężko.
Chciałabym wiedzieć, kiedy zrobiło się wystarczająco dużo i więcej nie można.
Chciałabym wiedzieć, czego chcę i jak to osiągnąć.
Chciałabym nie musieć nigdy spać.
Chciałabym być mądrzejsza, zdolniejsza.
Chciałabym lepiej pokonywać moje słabości i lenistwo.
Chciałabym umieć skupić się na jednej rzeczy, zamiast próbować zrobić wszystko.
Chciałabym mieć gwarancję, że jeśli poświęcę się tej jednej rzeczy, to na pewno osiągnę sukces.
Chciałabym niczego nie musieć tracić i z niczego rezygnować.
Chciałabym zatrzymać czas.
Chciałabym, żeby nic się nie zmieniało.
Chciałabym być na zawsze Tu z Wami.
Chciałabym być kimś więcej niż jestem.
Chciałabym osiągnąć niemożliwe.
Chciałabym mieć prawdziwy talent i nie zadowalać się rzeczami małymi.
Chciałabym zawsze móc wrócić.
Chciałabym spełnić swoje marzenia.
Chciałabym, żeby nie okazały się one rozczarowaniami.
Chciałabym gdzieś dojść.
Chciałabym nigdy nie dojść do wniosku, że lepiej było nigdy nie wyruszać.
Chciałabym wiedzieć, kim bym chciała być.
Chciałabym być tym, kim zawsze chciałam być.
Chciałabym nikogo nie rozczarować.
Chciałabym nikomu niczego nie zawdzięczać.
Chciałabym wierzyć, że to co teraz uważam jest prawdą i nie zmieni się za chwilę w innej sytuacji.
Chciałabym pozostać pod pewnymi względami taka, jaka teraz jestem.
Chciałabym rozumieć więcej.
Chciałabym nigdy nie zrozumieć wszystkiego i nigdy nie przestać szukać.
Chciałabym napisać choćby jedno opowiadanie, stronę, akapit, zdanie, które byłoby coś warte.
Chciałabym samą siebie i mój świat uczynić nieśmiertelnymi i pamiętanymi.
Chciałabym nie zapominać o przeszłości i nie bać się przyszłości.
Chciałabym, żeby nawet te moje myśli nie brzmiały tak żałośnie miałko. 
Tak wiele życzeń, dotyczących małych i dużych spraw, w większości niemożliwych, o nieprzewidywalnych skutkach rzuconych gdzieś na nieistotnego bloga w nieskończonym internecie. 


niedziela, 2 września 2012

Alias

          No comments   
Tym razem coś innego, mało ambitnego.
Mój biznes plan na przyszłość brzmi tak:
1. Znaleźć e-mail Ambramowicza i przekonać go, że kupienie klubu Stilon Gorzów i zrobienie z niego porządnego klubu będzie wyzwaniem jego życia.
2. Nakłonienie go, by pozwolił mi nim zarządzać i dał mi fundusze.
3. Namówienie Jose Mourinho na zostanie trenerem tegoż klubu.
4. Zakupienie tych oto zawodników (I skład po lewej, II po prawej, III in progress):
Są to zarówno starzy jak i młodzi zawodnicy, o różnym stopniu umiejętności. Część z nich zna się z reprezentacji Niemiec, Anglii, klubów Chelsea Londyn, Bayern Monachium, Real Madryt i innych. Na dodatek, patriotycznie, jest aż trzech zawodników polskiego pochodzenia, dwóch pochodzenia tureckiego, żyd i japończyk. Słowem: międzynarodowa drużyna, ale na pewno się ze sobą zgra, już ja tego dopilnuję! Rozważam jeszcze kupno Luki Modricia, ale to zależy jak sprawi się w Realu Madryt (i czy nie będzie za często zastępować mojego Ozila). Na zdjęciu mamy taktykę "Londyńska Chelsea", ale nie musi tak zostać - w końcu od tego jest Mourinho. 



















5. Tą drużyną wygrywamy Mistrzostwo Polski.
6. Wygrywamy Ligę Mistrzów.
7. Abramowicz z wdzięczności daję mi zgodę na małżeństwo z jego synem.
 8. Jestem bogata, więc kupuję willę pełną kotów i gejów. Nie muszę gotować i sprzątać, bo stać mnie na służbę. Nie muszę pracować - mogę studiować to co chcę, uczyć się do woli języka elfów i vulcańskiego, oglądać seriale, pisać powieści. Stać mnie na turystyczny lot w kosmos.
9. Umieram szczęśliwa.
10. Idę do piekła i spotykam sławnych ludzi, których zawsze chciałam spotkać.

piątek, 31 sierpnia 2012

Insipientia

          No comments   
 ♫ Hyde "Masquerade"
 ♫ The Smashing Pumpkins "My Love is Winter"
Jest wieczór i dziwne myśli chodzą mi po głowie. Myślę o tych wakacjach, które były zupełnie inne niż zwykle. Bez pośpiechu, trochę puste, trochę nudne. Odpoczynek przed nadchodzącym rokiem. A nawet kiedy wyjeżdżałam - byłam sama, to oznacza wiele czasu na myślenie. Dużo się nauczyłam o sobie. Trochę rzeczy przemyślałam. Z niezwykłych momentów mogę wymienić jedynie wyjazd do Berlina, z jego wszystkimi blaskami i cieniami oraz oczywiście biwak Libry, ostatni, najlepszy, niepowtarzalny. Kolejna rzecz, która przypomina, że w tym roku wszystko się zmieni. Dziwnie spokojnie do tego podchodzę. Może dlatego, że wiem już jak to jest przeżyć koniec świata. A może po prostu nie zdaję sobie jeszcze sprawy, że to właśnie teraz wszystko skończy się ostatecznie i bezpowrotnie jak nigdy dotąd. Prześladuje mnie myśl, że mogłam dlatego lepiej spędzić te wszystkie chwile, żyć pełniej, powiedzieć więcej... Ale z drugiej strony wiem, że nie. Jestem, kim jestem, choć to bardziej rozczarowujące niż przypuszczałam. Dziwne, że czasami wydaje mi się, że chcę czegoś, a gdy to osiągam, wycofuję się i zdaję sobie sprawę, że nigdy tego nie chciałam, jedynie czułam, że powinnam chcieć. Po przemyśleniu wydaje mi się, że jestem zadowolona z tego, co jest. Pytanie tylko co dalej. Myślę, że odpowiedziałam sobie na nie trochę tego lata. Wciąż jednak, pamiętając tak wiele przykładów z tego roku, mam wątpliwości.. Jak mogę budować życie wokół czegoś, co być może za chwilę, pod wpływem presji otoczenia, czasu czy nawet biologii, uznam za głupi? Tyle osób przede mną mówiło: "nigdy" i gdzie teraz są? Jaką mam gwarancję, ze jestem tym wyjątkiem, że ja myślę, czuję i uważam naprawdę. Teraz nie wiem już sama po co w ogóle piszę ten niespójny, zawiły tekst, zrozumiały tylko dla mnie i umieszczam go tu, zamiast po prostu zapisać na wordzie. Ignorować abstrakcje, skupić się na rzeczy. Tak, to dość mądre. Po co za wiele rozważać i myśleć na przyszłość. Będzie jak będzie, a dopóki jest, muszę żyć z tym, co jest. Na dziś wystarczy.

poniedziałek, 23 lipca 2012

Feriae

          No comments   
 ♫ Radical Face "Welcome Home"
„Jestem jak aparat fotograficzny z otwartą przesłoną, aparat całkiem bierny, taki który nie myśli, tylko rejestruje. Rejestruje mężczyznę golącego się w oknie naprzeciwko i kobietę w kimonie, zajętą myciem włosów. Kiedyś to wszystko będzie musiało zostać wywołane, zdjęcia starannie odbite, utrwalone"
Christopher  Isherwood "Pożegnanie z Berlinem"

Powinnam się wziąć za czytanie o grotesce, albo skończenie "W poszukiwaniu straconego czasu", zamiast tego pochłaniam "Pożegnanie z Berlinem" i myślę o tamtych czasach, o klimacie starych kawiarni i beztroskiego, artystycznego życia bez grosza przy duszy . Wizja II WŚ ściąga mnie na ziemię, powinnam cieszyć się, że dane mi jest żyć w czasach pokoju. Cóż i tak wolę myśleć o tym, niż o innych, znacznie mniej przyjemnych rzeczach, które tylko czekają, aż nie będę miała innego zajęcia, by znów zaatakować. Szczerze? Chciałabym, żeby już była szkoła. Po prostu rzucić się w wir przygotowań do matury. Mieć coś do roboty. Nie mieć czasu na niepotrzebne, złe myśli i na strach. Kiedy ma się wakacje nie tak łatwo jest uciec, nawet gdy staramy sobie zapełnić każdą godzinę. Nie mam powodów, żeby być zmęczoną. Nie mogę się motywować kolejną zdobytą oceną. Na razie, w przeciwieństwie do innych, nie myślę o maturze, chociaż pewnie niedługo to się zmieni. Póki co przeraża mnie to, co będzie po niej. Tysiąc rzeczy do załatwienia, a ja nie wiem gdzie się zwrócić. Nie wiem nawet co chcę robić. Wiem tylko, czego nie chcę. No i wiem gdzie chcę. Miasto możliwości nie przestaje o sobie przypominać. Chciałabym znowu być w Berlinie. Wiedząc to, co wiem teraz nie przejmowałabym się tak stresem i strachem, powrotem do domu, korzystaniem z kuchni i łazienki. Może więcej cieszyłabym się tym pobytem. Może bym więcej pisała. Nie, nie powinnam żałować. Zrobiłam to najlepiej jak mogłam, drugi raz na pewno zachowałabym się tak samo. Kot w pełnym mieszkaniu.

sobota, 14 lipca 2012

Berlin

          No comments   
♫Alanis Morissette "Guardian"
No i jestem wreszcie w miejscu, gdzie wszyscy mnie rozumieją, gdzie niczego nie mogę przewrócić, gdzie mam własne łóżko, nie będące jedynie atrapą w obcym salonie, swój komputer i swoje własne życie, zamiast podsłuchiwania strzępków cudzego... I wiecie co? Cholernie mi z tym źle. Palce nie trafiają już w klawisze, ekran wydaje się za duży, pokój za cichy. Przywiązałam się przez te śmieszne dwa tygodnie. Także do stresu, strachu i braku słów. Po pierwszych siedmiu dniach, ba, może nawet w połowie drugich, nie sądziłam, że tak będzie. Może dlatego, że jak mówią: na koniec jest zawsze najlepiej... Ale ja nie mam takich doświadczeń. Bardziej dlatego, że im jest coś bardziej wartościowe tym trudniej przychodzi. Dlatego właśnie myślę, że nie zazdroszczę tym wszystkim otwartym ludziom, tak łatwo potrafiącym rozmawiać z każdym o wszystkim. Oni mają swoje drogi, ja swoją. To miała być relacja, zabawna historia, która jest dobra na bloga, wyszedł nieco chaotyczny bełkot. Przez dwa tygodnie wysyłałam tym, którzy wiedzą, różne strzępki tej opowieści, ale nie sądzę, żebym kiedykolwiek opowiedziała ją w całości. Po prostu nie potrafiłabym. Te wszystkie zwykłe, szare, zabawne, głupie, straszne dni i sytuacje, które prawdopodobnie tylko dla mnie mają jakąkolwiek wartość... Tak zresztą być powinno - jako dziecko doszłam do wniosku, że im gorsza jest dana chwila w rzeczywistości, tym lepiej się o niej mówi, teraz mogę jedynie dodać, że najlepsze chwile to takie, o których nie da się opowiedzieć w ogóle, bo każdy inny odpowiedziałby "I cóż w tym ciekawego?" ( a przecież najważniejsza część naszego życia dzieje się w głowie). Pozostaje mi mieć tylko nadzieję, że to wszystko jest gdzieś we mnie, że coś, nawet niedostrzegalnie, zmieniło i że pewnego dnia stanie się widoczne w czymś o wiele ważniejszym niż niemiecki akcent. W końcu to były 2 tygodnie spędzone w Berlinie - mieście, które z niewiadomej przyczyny zawsze było dla mnie ważne, a teraz powoli staje się moim domem... I obym mogła tam jeszcze kiedyś wrócić.

wtorek, 10 lipca 2012

Alanis

          2 comments   

       Piszę tu, bo to chyba jedyne miejsce,  w którym spokojnie mogę się pojarać  pewną cudowną kanadyjką, która właśnie „zrobiła mi dzień” (a może noc). Alanis Morissette, bo o niej mowa, to moja miłość dzieciństwa, towarzyszka niezliczonych podróży do Szczecina, podczas których z tatą w kółko słuchaliśmy jej płyt. Oczywiście, było to, jak zwykle w tym wieku, uczucie niezbyt świadome, gdyż moja wiedza ograniczała się do tego, że jest sobie pewna pani , która gra na harmonijce i śpiewa o tym, że jedną rękę ma w kieszeni, a drugą pali fajkę. Ponowne spotkanie z Alanis to już czasy „Flavors of Entanglement” i mój tata usiłujący przetłumaczyć „Not as we”, podczas gdy ja zakochuję się w „In Praise of the Vulnerable Man" . Po krótkich poszukiwaniach zdałam sobie sprawę, że znam i lubię całkiem sporą liczbę jej piosenek z radia i MP3. Od tamtego czasu co jakiś czas znajduję na jej płytach lub  otchłani youtube jakąś jej piosenkę, która mnie zachwyca i w ten sposób poznałam już prawie całą jej dyskografię. A dziś właśnie, o boże to nie do wiary, widziałam tę Alanis Morissette (której nazwiska nadal nie umiem wymówić) na żywo…
        Bilety na koncert kupiłam w sklepiku na Alex (i tu podziękowania dla autora mapy, która mnie tam doprowadziła) – 50 euro, ale nawet mama powiedziała, że warto było. Linią U7 dotarłam na miejsce bez przeszkód. Koncert odbywał się w miejscy znanym jako Cytadela Spandau, która w istocie była cytadelą z murami, fosą i mostem. Impreza była dla mnie wyjątkowa z kilku powodów, przy czym pierwszym jest sama osoba wokalistki – kobiety i nie – japonki, co jest o tyle znaczące, że Alanis pozostaje jedyną przedstawicielką płci pięknej, którą słucham, z wyjątkiem kilku popowych piosenek (wszyscy mamy chwile słabości). Po drugie koncert był bardzo duży, na pewno większy niż wszystkie, niszowego bądź co bądź, jrocka. Po trzecie odbywał się na dworze, nie w klubie i teoretycznie na siedząco. Zastanawiało mnie więc jaka będzie panowała atmosfera. Przy wchodzeniu panowała niezwykła kultura i spokój, wejście było szerokie, nie przypominające ciasnych korytarzy klubów, a zresztą ludzie w przedziale wiekowym 1 – 70 to nie tłum nastolatek walczących na śmierć i życie o miejsce jak najbliżej ukochanego muzyka. W środku panował istny festyn, ludzie jedli, pili i bawili się. Kupiwszy sobie kanapkę z rybą, udałam się na swoje miejsce. Tam też zapoznałam się z siedzącymi obok mnie Polakami z Wrocławia. Koncert rozpoczął się z półgodzinnym, dość przewidywalnym, opóźnieniem. Gdy tylko na scenie pojawiła się Alanis, tłum wstał i wiedziałam, że nie mam czego szukać na siedzącym miejscu. Opuściłam więc moich Polaków i poszłam szukać ludzi, którzy mają ochotę trochę poskakać. Miejsce z boku sceny dawało, co prawda, nieco gorszy widok, ale za to było tam zdecydowanie żywiej. Ludzie rozkręcali się powoli, przez kilka pierwszych piosenek, na które niestety przydało także moje ukochane „All I really want”, które dzielnie usiłowałam śpiewać, choć wersja koncertowa znacznie różniła się od tej znanej mi z nagrania. Po kilku utworach, głównie ze starszych płyt, powoli zaczynało się robić coraz ciekawiej. A kiedy doszło do takich znanych piosenek jak „Ironic” czy „Hand In My Pocket” śpiewali już wszyscy. W ten sposób odkryłam, że nie tylko młodzi ludzie umieją piszczeć i świetnie się bawić, bo starsze panie, matki z dziećmi i faceci z brzuchami piwnymi też dawali z siebie wszystko. Alanis również była pełna energii, skakała, dziękowała fanom i robiła za pomocą swojego niesamowitego głosu wszystko, by koncert pozostał niesamowitym wydarzeniem. Mogliśmy również podziwiać jej grę na gitarze klasycznej i elektrycznej oraz na harmonijce. Na koniec, jak zwykle, nie mogłam  uwierzyć, że już jest po wszystkim. Oczywiście brakowało mi kilku piosenek, przede wszystkim „Right Through You”, „Are You Still Mad” lub też „Not The Doctor”, ale muszę przyznać, że znalazło się i tak wystarczająco wiele uwielbianych przeze mnie utworów. Pozostało tylko wracać niemożliwie zatłoczonym U7 do Neukolln. Cóż, nawet gdy to wszystko opisałam, nadal nie wierzę, że widziałam na żywo TĘ Alanis Morissette.
    Na koniec jedno brzydkie zdjęcie mojego autorstwa (czekam na oficjalne) oraz Zitadelle Spandau od góry - jak widać to całkiem magiczne miejsce na koncert pod gołym niebem, a ja chcę jeszcze wyrazić swoją niezwykłą wdzięczność za dobrą pogodę, bez której nic by się nie udało. Idę spać, bye.

poniedziałek, 21 maja 2012

Taedium

          No comments   
♫ Dir En Grey "Glass Skin"
Dawno mnie tu nie było. Porzuciłam też fotobloga, ale wbrew pozorom nie my-yaoi-stories. Chyba zaraz walnę tam jakieś oświadczenie, bo jeszcze o mnie zapomną.
Powodów jest trochę: brak czasu, który niemiecki konsekwentnie powoduje, pisanie opowiadania na konkurs, ale przede wszystkim brak tematów. Trochę znudził mi się hejt na świat, a jak potrzebuję codziennej porcji nienawiści to wchodzę sobie na nyana albo pod kontrowersyjnego kwejka i się trochę udzielam. Ale nie mam już ochoty wymyślać kolejnych zbawiennych prawd dla całej ludzkości. Po ostatnich miesiącach przestałam wierzyć, że wiem cokolwiek. Wiele rzeczy, w które wierzyłam, okazało się być kłamstwem. I pewnie wszyscy mieli rację. Pewnie tak będzie ze wszystkim. Najpierw będę się buntować, a potem powoli, powoli godzić się z tym, przymuszona rzeczywistością, socjologią, psychologią i biologią. Pewnie, w przeciwieństwie do innych, nie dorosłam jeszcze do tego etapu. Dumna, zapierałam się, że jest inaczej. Nie miałam racji. I jakie to trywialne: nic już nie jest pewne. No trudno, trzeba iść dalej.
Prometeusz śmieje się cicho.
Jest to teraz jedyny sposób 
wyrażenia niezgody na świat.
Zbigniew Herbert "Stary Prometeusz"
Nieważne. Nie mówię, że już tu nie napiszę, bo może znajdzie się coś, co jednak będę chciała skomentować. Teraz jednak, w oczekiwaniu w obojętnym oczekiwaniu na to, aż zmienią mi się poglądy, tak jak każdemu przede mną i każdemu po mnie, wolę słodkie, ruszające się gify. Wolę nie myśleć. 
http://hassu-vi.tumblr.com

sobota, 14 kwietnia 2012

Egregie

          No comments   
♫ Chameleon Circuit "Awful lot of running"  - bo teraz ta piosenka nabrała nowego znaczenia.
Nadal przeżywam po 4 sezonie. Nie stać mnie więc na za wiele, poza gifami z tumbrl i refleksją, że ostatnie odcinki były naprawdę... niezwykłe. Smutne, wesołe, cudowne, pożegnalne. I znowu byli prawie wszyscy, których zdążyłam przez te 4 sezony polubić albo i po prostu się przyzwyczaić (nie było Mastera, niestety, na szczęście zaś nie było River). I ten moment, kiedy lecieli TARDIS wszyscy razem i pomyślałam, że mogło by się wtedy skończyć. No ale nie mogło. I Donna. To naprawdę niesprawiedliwie, bo ona najbardziej zasłużyła na to, żeby pamiętać. I Rose. Dobrze, że ułożyło się jej w pewien sposób. I Harriet Jones. Cieszę się, że wróciła jeszcze, bo zasłużyła na lepszy, nawet jeśli smutniejszy koniec niż odsunięcie od władzy. I reszta. Bardzo mi ich będzie brakować, chociaż mam jeszcze jeden sezon "Torchwood" przed sobą - szkoda, że taki smutny. I Doctor. Jeszcze specjale i koniec. Będę tęsknić. Tak jak tęsknię za Dziewiątym.
Bo to jest takie urocze, kochane, cudowne i pocieszające.

Doctor: I just want you to know, there are worlds out there, safe in the sky because of her. That there are people living in the light, and singing songs of Donna Noble, a thousand, million light years away. They will never forget her, while she can never remember. And for one moment... one shining moment... she was the most important woman in the whole wide universe. 
A oni wszyscy są pyreczkami i w sumie ich kocham. 
Najlepszy opening ever.
Bye, przypomniałam sobie po prostu, że dawno nie pisałam, ale żyję i mam się... nieźle.

niedziela, 25 marca 2012

Felicitas

          No comments   
♫ Pigstar "Sheep Song"
Wiosna. To takie trywialne, ale wiosna. Znowu słucham An Cafe i potrafię myśleć pozytywnie. Nawet o tygodniu spędzonym w Pozza di Fassa. Chociaż nadal zastanawiam się, dlaczego właściwie pojechałam. Pewnie po prostu dlatego, że lubię jeździć na nartach. Nie powiem, nie było jakoś szczególnie fajnie. Pozza di Fassa nie było tak piękne jak Bormio i przez większość czasu, gdyby nie seriale, umierałabym z nudy. Ale widzę też dobre strony: odświeżenie "Sherlocka" i skończenie II sezonu Star Treka (kolejny krok w stronę zostania tró trekkerką), dużo czasu na czytanie: "Studium w Szkarłacie" (ukrywające się pod nazwą "Dolina Trwogi"), "Physic in Star Trek" (nie przekonuje mnie to polskie tłumaczenie - "Fizyka Podróży Międzygwiezdnych" skoro to nie jest  podróżach międzygwiezdnych, tylko o Star Treku właśnie) i pół fenomenalnej "Miazgi" Andrzejewskiego, który po raz kolejny udowodnił, że jest geniuszem, nie gorszym niż wielu niepolskich pisarzy. Można powiedzieć, że zachwyciła mnie każda część: pamiętnik, z którego wyniosłam wiele interesujących wskazówek dotyczących pisania, PRLowską interpretacje "Wesela", napisaną na dodatek w czasie przyszłym niedokonanym - genialny zabieg, zamieszczone utworu (esej Antka Raszewskiego)  i nawet (o dziwo!) ujęcie problematyki patriotyzmu, komunizmu i polskości. Jeżdżąc miałam też trochę czasu na przemyślenie pewnych rzeczy, zwłaszcza pomysłów do opowiadań. Mam 3 nowe pomysły, ale najpierw muszę chyba skończyć to co mam. Niestety, ku rozczarowaniu moich jedynych czytelników, nie będą to slashe. Najgorsze jest to, że nie wiem nadal, co z wakacjami. Był plan, a teraz go nie ma. Chciałabym, żeby Szkocja wypaliła, ale to nie zależy już ode mnie. Jest jeszcze jedna rzecz o której chciałabym wspomnieć w tej chaotycznej i bezsensownej notce to Pyrkon. Szalony i w sumie bezsensowny pomysł (chyba jestem od takich specjalistką - przyznaję, że realizm i rozsądek to nie moje mocne strony), który narodził się w sobotę wieczorem, dzięki wyjazdowi mojego taty. 2 h w samochodzie w jedną i jeszcze więcej w autobusie w drugą, dla tych 5 godzin. Ale właściwie było warto. Choćby po to, żebym nie żałowała tak strasznie. I dla własnej satysfakcji. No i dla podręczenie Zwierzaka i Natalii of kors. W tym oto jakże krótkim czasie dowiedziałam się, że Hrabia Dooku był rasistą, fandom Star Treka to naprawdę +40, a Spock ma kompleks Edypa, poznałam parę interesujących stron odnośnie Doctora Who, obejrzałam sporo dziwnych, starwarsowych filmików, zwinęłam palakt Treksfery ze ściany i przekonałam się, że ludzie są zdolni do wszystkiego. - słowem można powiedzieć, że był to czas intensywny i udany, co oczywiście nie zmienia faktu, że bardzo żałuję, że nie było mnie tam wcześniej. Pora na zdjęcia.
(Straciłam kiedyś nadzieję, że notki tu staną się kiedyś ambitne. Chyba boję się, kto może to czytać). 

Moja wakacyjna miłość - kot o wyglądzie Krzywołapa. Niestety nie mam jego zdjęcia od przodu. Dobra mam, ale ja na nim jestem w niezbyt gustownej sytuacji (kask, czerwony ryj)
Jedyne zdjęcia z Pyrkonu - modele Enterprise. Ja chcę je i Dalekowy chełm i sonic screwdriver i kostium szturmowca i miecz świetlny. Amen.

wtorek, 13 marca 2012

Dissimilis

          No comments   
♫An Cafe "Escapism"
"Arigato Daisuki desu
Futari ga deatta kono dokoka ni Hitori de Boku dake Ochite yuku"

Dziś będzie notka właściwie o niczym szczególnym. Rozczarowanych ponownym brakiem hejterstwa przepraszam: ostatnio wzięłam się za pisanie hejtersko - intelektualnej notki, ale ostatecznie uznałam, że jej nie opublikuję.Też trochę żałuję. Nie podoba mi się niski poziom notek tutaj. W każdym razie Osiemnastkę moją i Zwierzaka uważam za udaną i mam nadzieję, że goście też. Ale skoro Werka śpiewała Marsyliankę, skoro tańczyłyśmy, pomimo że tak się zarzekałyśmy, że to się nie zdarzy, a Libra jak zwykle rozkręciła sobie imprezę, to chyba jakoś poszło. Zpewnością wszyscy się najedli, bo pani nas nie oszukała. Dalej opisywać nie potrafię, bo było po prostu świetnie, ale chcę jeszcze pochwalić się moimi ślicznymi prezentami to znaczy (nie wiem od czego zacząć T.T):
- niezwykle inteligenckim "Finnegans Wake", które robiło potem za atrakcje wieczoru, kwik kwek, oraz tajemniczym romansem, z którym do końca nie wiem o co chodzi;
- Potworną Księgą Potworów, którą głaskam codziennie, a w której ukryte są przepiękne fotomontaże i gustowna bielizna z Niu Jorkera;
- wspaniałym Librowym filmem, w którym Gruba jest psem, a Lucy jedzie mi wpierdolić;
- Devil May Cryem, w które nakurwiałam już wczoraj i wiecie co? Kocham Dantego!;
- Okiem Mordoru i aniołkiem;
- "Jak żyć?" oraz słuchaweczkami.
Ale najbardziej super było to, że udało mi się, po raz pierwszy, zgromadzić tyle ważnych dla mnie osób w jednym miejscu. Szkoda, że nie mamy prawie zdjęć i straciłam nadzieję, że zobaczę nawet te, które zostały zrobione. Mam za to nadzieję, że głupi Zwierzak  nie żałuje tego do końca życia, że prezent jej się podobał i że będziemy sobie teraz grać w szachy.
 Czas na zdjęcia. Tak więc od lewej: Zwierzątko kroi swój tort w kształcie trumny - impreza trochę w stylu Queer As Folk, niestety nie stać nas na prawdziwą trumnę i znicze, a na drugim mój śliczny prezent od Agnieszki :*. W sumie musiałabym zrobić zdjęcia wszystkim, co by szpanować ludziom.
Jeszcze raz ciasto Marty, prawda, że cudowne? Mina naszych rodziców na jego widok - bezcenna. Szkoda, że nie mam zdjęć mojego pięknego, tęczowego tortu. Jak zwykle >.<
 I na koniec "Niezbędnik Inteligenta":
Czyli kolejny dowód, że warto przeczytać nawet najbardziej mętne rozdziały "Ulissesa".
A 26 kwietnia jadę do Szczecina wpierdolić Bartnickiemu. Może się już szykować. Nie można bezkarnie brać się za tłumaczenie najtrudniejszej książki świata i jeszcze obrażać jej autora. Właściwie w ramach stosownej porcji hejterstwa mogłabym tu potyrać wywiad z nim, ale aktualnie nie mam przy sobie jego tekstu - może wrócę kiedyś do tematu. To tyle.

środa, 7 marca 2012

Moeror

          No comments   
♫ Skillet "Say Goodbye"
"I wish we could be laughing
Instead I'm standing here asking"

I co ja mam pisać, że nie jest dobrze?  Że w sumie naprawdę zaczynam rozumieć to znaczy "nie wierzyć w nic"? Jedno jest pewne: świat się kończy. Nie chcę się tu roztkliwiać, ani nad tymi, którym chciałam bym za ostatnie tygodnie podziękować, ani nad tymi, którym mam coś do zarzucenia. Ani przede wszystkim nad sobą. Więc wrzucę tu to. Nie dlatego , że chcę by Mój Hipotetyczny Czytelnik to przeczytał. Nie dlatego, że muszę to zrobić. Chcę żeby tu było. Powinno tu być.

Tonio Kroger patrzył na nią, patrzył na nich oboje, dla których cierpiał niegdyś miłośnie - na Janka i Ingeborgę.(...) "Czyżem zapomniał was? - spytał. - Nie, nigdy! Ani ciebie, Janku, ani ciebie, jasnowłosa Ingo! Wszakże dla was to pracowałem i kiedy zdobywałem poklask, rozglądałem się ukradkiem, czy jesteście obecni... Czyś przeczytał już "Don Carlosa", jak obiecałeś mi przy furcie ogrodowej? Nie rób tego, nie żądam już tego od ciebie. Co cię obchodzi król, który płacze, gdyż jest samotny? Nie zasmucaj i nie ogłupiaj swych jasnych oczu ślęczeniem nad wierszami i melancholią... O, gdyby być takim jak ty! (...)" Był odurzony zabawą, w której nie brał udziału, i zmęczony zazdrością. Jak dawniej, był taki jak dawniej! Z rozpaloną twarzą stał w ciemnym miejscu, bolejąc po was, jasnowłosi, pełni życia szczęśliwcy, po czym odszedł samotny do siebie. Teraz ktoś powinien przyjść! Ingeborga winna by przyjść, winna by zauważyć, że odszedł, winna by pójść za nim ukradkiem, położyć mu na ramieniu dłoń i rzec: "Wróć do nas! Baw się! Kocham ciebie!...". Takie rzeczy nie zdarzają się. Było tak jak wtedy i był szczęśliwy jak wtedy. Gdyż serce jego żyło. Rozebrał się, położył do łóżka, zgasił światło. Szepnął dwa imiona do poduszki, tych kilka niewinnych, nordyckich zgłosek, które określiły dlań jego właściwy i pierwotny rodzaj kochania, cierpienia i szczęścia, życie pełne prostoty i serdeczne uczucie, gniazdo rodzinne. (...) Dokoła było cicho i ciemno. Ale z dołu dochodził w stłumionym, kołyszącym pogłosie słodki, trywialny, trzyćwierciowy takt życia.
Thomas Mann "Tonio Kroger"

Wiem, wiem, człowiek nie powinien szukać własnych uczuć w książkach, a ja znowu to robię. Mimo to gdyby ktoś mnie spytał co to jest literatura, powiedziałabym, że to bez wahania to. Po za tym nie umiem znaleźć własnych słów, więc pożyczam cudze.

piątek, 24 lutego 2012

Ars

          2 comments   

Obiecałam coś ambitnego, ale jestem obecnie zbyt szczęśliwa na hejterstwo i zbyt zajęta na głęboko refleksyjną notkę. Jednak obietnicy dotrzymam i jebnę wiersz, ostatni jaki napisałam, a co mi tam. Trochę hejterski, a trochę głęboki, czyli wszystko w normie. Nietrudno zgadnąć o co chodzi, Moi Potencjalni Czytelnicy, zwłaszcza przez, niedokładny ale jednak, cytat. Nieważne, bez komentarzy, dobra?

"Dotknij ekranu"

Chcę wszystko wyrazić po prostu
Klawiatura nieposłuszna bywa palcom
To zimna obojętność maszyny
Na to co niewysłowione

Tam, czego nie powiedzą usta
Zastąpię czynem, gestem
Tu cisza oznaczać może wszystko
Nie ma mnie bądź jestem
Bez znaczenia.

" D o t k n i j  e k r a n u  i  j a  g o  d o t k n ę
W  t e n   s p o s ó b   b ę d z i e m y   r a z e m"

Tam tylko kolejne kłamstwo
Tu rudy włos na dywanie
Wraz z ciepłą smugą słońca
Tworzy epifanię.

I to by było na tyle z rzeczy głębokich (czy mogę już sobie założyć fanpage na fejsbuku jako artysta?), czas na nowe urocze rzeczy, jakie znalazłam na tumblr, tym razem Doctor Who!
On tak strasznie przypomina mi Marka i ma tak samo dobre serduszko!
I jeszcze coś, nie myślcie, że na tym koniec: przed wami dwa przesłodkie filmiki!

Wersja Sherlockowa:

 
 
Wersja Startrekowa:


I na dziś to już niestety tyle :(.

środa, 22 lutego 2012

Amor

          3 comments   
♫ Alanis Morissette "Are You Still Mad?"
"Of course, you are"
Dziś, zgodnie z obietnicą daną Natalii was zaspamię. A więc nie hejtowanie, ale jaranie. Wgl. na razie nie było tu hejtowania, ale nie martwcie się! Nadejdzie odpowiednia chwila.
Przed wami kolekcja słodkich rzeczy jakie można znaleźć na tumblr. 



 Teraz mogę się poczuć bardzo tró i tylko muszę jeszcze stwierdzić, że popłakałam się przez kości policzkowe Benedicta i już w ogóle będzie super. Tak więc wzruszają mnie jego kości policzkowe, a on i Watson to jest para idealna, koniec, kropka. I jeszcze to:

I na koniec, ponieważ blogspot nie pozwala mi wrzucać więcej. a mam ochotę się jeszcze podjarać.
Urocze, nieważne co wy o tym myślcie.
Następnym razem napiszę jakąś mądrą notkę, żeby wam zaimponować.

sobota, 18 lutego 2012

Hiems

          1 comment   
♫ Alanis Morissette "Are You Still Mad?"
"Are you still mad that I seemed to focus only on your potential?"
♫ Alanis Morissette "Unsent"
"The truth is whenever I think of the early 90's your face comes up"
Rozpoczynam spokojniejszą i przyjemniejszą część ferii, bez pośpiechu i zmartwień i mam nadzieję, że uda nam się obejrzeć "The Motion Picture", że okulista/dentysta mnie nie zabije i kupię jakieś ciuchy w Szczecinie. To tak z planów doraźnych, a teraz czas na relację z tego tygodnia.
Tak więc: zimowisko, zaledwie nieco ponad dwa dni, a było naprawdę mega. A jak inaczej, zwłaszcza z takimi ludźmi, chociaż pewnie nie mają oni pojęcia jak wiele to dla mnie znaczy. Najpierw zakwaterowanie w Domu Pielgrzyma (Ojca Rydzka), gdzie łóżka zrobione są ze starych rusztowań, panele na podłodze mogą się porwać, ścianę zdobi obrzydliwa reprodukcja "Ostatniej Wieczerzy" i jakaś papieska pielgrzymka, a nad wszystkim unosi się ogromny komin (i "Boję się iść pod prysznic, bo jeszcze gaz puszczą"). Potem wypad do miasta i TAAAK! BYŁO TAM KILKA PRAC WITKACEGO! Mała rzecz, a cieszy. Nie zdążyłam tylko zrobić sobie fotki. Robienie pierników z Panem Hobittem, którego w końcu nie zapytaliśmy o drogę do Mordoru, bo nas wyrzucił. Cóż, pewnie czeka na Gandalfa, trzeba mu więc wybaczyć. Drugi dzień na mieście i nasza cudowna akcja na rzecz uśmiechu, o której trochę potem, dałny tańczą na lodzie, który wcale nie był lodem, tylko szkłem, Mordor odnaleziony w Zamku Krzyżackim, szukanie w planetarium informacji o Hawkingu i Enterprise, niestety bez sukcesu (co za brak szacunku dla klaasyki) i gra gospodarcza, którą, oczywiście, wygrałyśmy. Bo my jesteśmy po prostu najlepsze. Nie znam chyba innych ludzi z którymi mogłabym robić tak chore rzeczy, jak fotki w rajtuzach dla Jacykowa, czy latanie po mieście w papierowych torbach na głowie, które czytałaby mi wiersze o Murzynach i wysłuchiwały bez przeszkód mojego ględzenia o filozofach. Kocham, kocham i tyle. Za każdym razem przekonuję się, że nikt nie ma z nas tego, co mamy razem. Szkoda tylko, że pewna osoba postanowiła się w to wszystko wtrącić, ale znając ją szybko jej się znudzi, a my no cóż... Przetrwamy.
A oto i Anonymous Polska, czyli inaczej nasza akcja na rzecz uśmiechu, podczas której przedefilowałyśmy przez główną ulicę Torunia w papierowych torbach z uśmiechem i napisem z tyłu "Why so serious?" na głowach. Ogólnie wzbudziłyśmy małą sensację i szereg ciekawych reakcji: cudzoziemcy z iphonem robili sobie z nami zdjęcia, dzieci darły się "KARTONIAKI", ale wszystko wygrali panowie robotnicy z ich "W tych kartonach na głowie to jeszcze jakoś ujdą". Także zrobiłyśmy dobry uczynek kryjąc nasze mordy przed światem.
Niestety nie mam więcej zdjęć, bo sesję pod tytułem: "U nas w Auszwitz" tudzież "Katyń 2012" na tle naszych pięknych łóżek ma na aparacie Yeti. Mam też sporo nagrań z naszej akcji, ale muszę to zebrać do kupi i obrobić. Ah i jeszcze nasze "obsceniczne" zdjęcia w muzeum gotyckim -.-.
A oto i najlepszy komentarz całego zimowiska, dobry na każdą okazję. Co prawda niektórzy nie umieją go pokazywać (i już nie czuję się takim dałnem, że nie potrafię Wulkańskiego Pozdrowienia - niektórzy mają gorzej). 
I jeszcze w kwestii Olimpiady: Joyce i Stefan Dedalus zaliczeni, mission complete. Mogło być lepiej, wiem, jak na ilość "dzieł krytycznych" w których się zaczytywałam, nie wykazałam się. Przykłady też mogły być ambitniejsze niż "Zabawa w klucz", "Grobowiec świetlików" czy "Pierwszy krok w chmurach". Ale ważne, że to już za mną. Zrobiłam, co mogłam? Podziękowania dla Werki za wieczne podtrzymywanie mnie na duchu - 148 smsów w ciągu 2 tygodni o czymś świadczy, nie? I czy wiecie jak miło jest po Olimpiadzie otrzymywać MMSa z nową fotą Grubej w rajtuzach do Jacyków Collection? Bez dwóch zdań, kocham was.
A teraz czas na odpoczynek i "Fizykę Podróży Międzygwiezdnych"!
(Czy ktoś mi powie czemu blogspot zjada "z" w niektórych słowach moich notek?)

sobota, 11 lutego 2012

Veritas

          No comments   
♫ Alanis Morissette "Right Through You"
Odreagowuję po ostatnim odcinku Sherlocka. Notka z serii "Nie musicie czytać" xD. Ale możecie, oczywiście. Mnie to naprawdę wszystko jedno.
***
Utożsamianie się z fikcyjnymi światami nie jest u mnie aż takie rzadkie. Nietrudno jest mi znaleźć przykłady kiedy tak ponosiły mnie emocje, nawet w tym świadomym już życiu (nie wspominając zupełnie o czasach, kiedy jako 11 latka zalewałam się łzami po śmierci Mateusza): przy wspomnieniach Snape'a albo śmierci Haku. Emocje, które mi wtedy i teraz towarzyszą z pewnością nie są natury estetycznej. Właściwie dla większości ludzi to normalne zachowanie. Nie będzie nic odkrywczego w stwierdzeniu, że przejmujemy się losem postaci fikcyjnych częstokroć bardziej niż żyjących. Za to Nabokov pewnie wyśmiałby mnie za takie mylenie rzeczywistości. W końcu to domena "słabych czytelników". Pewnie i słabych widzów, bo seriale są idealną pożywką właśnie dla takich. Powinno więc być mi wstyd i trochę jest... Tyle, że to nie wszystko.
D l a c z e g o   w ł a ś c i w i e   p ł a c z e m y   z a   A n n ą   K a r e n i n ą?
Nabokov powiedział, że nie odróżniamy prawdy od fikcji.
Ale Eco powiedział także, że zdanie "Anna Karenina umarła" jest zawsze prawdziwe.
Nie ważne w jakim czasie i świecie.
To wam dam na koniec. A tak po za tym, wyjaśnienie może być o wiele prostsze: jestem głupia.
Mimo to lubię się zastanawiać, może tylko po to, żeby wydawało mi się, że jestem kimś lepszym niż jestem. Albo i może sama ta świadomość czyni mnie trochę lepszą.

czwartek, 9 lutego 2012

Phobos

          No comments   
♫ Alanis Morissette "All I really want"
Dziś notka głęboko egzystencjalna, więc właściwie możecie ją sobie ominąć. Wyżyję się, a potem wrócę do moich "Wykładów o literaturze" tudzież (bardziej prawdopodobne) "Sherlocka Holmes'a".
***
Boję się, że jednocześnie, że zapomnę, ale chyba bardziej, że będę pamiętać. Jeśli zapomnę i się zmienię, to właściwie nie będę wtedy żałować. A jeśli nie zapomnę i nadal będę mówić to, co mówię teraz? I jeśli wy wszyscy, posłuszni duchowi czasu, zmienicie się i ze śmiechem będziecie spoglądać na swoją przeszłość, będziecie myśleć "O jezu, ale ja byłam głupia!", "Co ja wiedziałem o życiu?", "Co ja sobie myślałam?", "Dobrze, że już nie jestem taki, dojrzałem", wtedy... Wtedy będę istnieć jeszcze ja, niewygodne wspomnienie o głupiej przeszłości. Ja, która samą swoją obecnością nie daję zapomnieć. Śmiech uwięźnie wam w gardle, bo nie będzie wypadało śmiać się z tego przy mnie. I stanę się kłopotem, którego lepiej unikać. Przepełnieni poczuciem winy zwrócicie swój gniew przeciwko mnie, będziecie pytali "Dlaczego?" i mówili, żebym zrobiła coś ze swoim życiem. Będziecie mi radzili, kiwali głowami niby współczująco, ale bez zrozumienia. Będziecie chcieli myśleć, że sobie zasłużyłam, bo wtedy poczucie winy opuści was i pójdziecie do swego życia, rozbawieni, że ktoś może pamiętać o dawnych słowach i przysięgach.
***
Przepraszam za to. To tak po prostu, ostatnio. Chciałam to napisać, więc napisałam to tutaj. 
No to macie Sherlocka i Watsona tak na poprawę humoru. Znowu mam wyrzuty sumienia, że nic nie robię. E tam.




sobota, 4 lutego 2012

Liber

          5 comments   
♫ "Libra" Mucc
Sobota była wybitnie lapserska ♥.
Na 10.00 musiałam być w szkole organizować olimpiadę z ang. No tak, tylko dla Marka jestem w stanie w sobotę wstać bez szemrania o 8.30, wydać 25 zł na ciasto i biec do szkoły, żeby powtarzać "Na konkurs języka angielskiego cały czas do góry na drugie piętro". Skończyło się jak zwykle - odbębniliśmy jakoś nasze obowiązki, po czym zostawiwszy pozostałych nauczycieli własnemu losowi, poszliśmy rozmawiać z Markiem, który pokazał nam taaakie cudowne zdjęcie z karpiem *.* W tzw. międzyczasie pan Pyrka nr. 2 dał mi dość nieprzyjemne zadanie na poniedziałek, a Natalia sprytnie ukrywała telefon w staniku. Sprzątanie w rytmie "Krzysia", "Nie, nie boję się" i "Ballady Najmana" też było całkiem zabawne. Reszta dnia spędziłam w łóżku z książką i słuchając "Trans - Atlantyku" Gombrowicza. Odkryłam, że audiobooki mają swoje dobre strony, chociaż wolę tradycyjne, papierowe książki... Jutro muszą się zająć moim nieprzyjemnym zadaniem -.-.
Mój przyszły tydzień zapowiada się w ten sposób.
Dziś notka mało ambitna i poglądowa, z racji, że jestem jednocześnie szczęśliwa ze względu na Marka, a z drugiej strony smutna ze względu na wieczny kryzys olimpiadowy.
Lubię budyń ♥ ♥ ♥!


czwartek, 2 lutego 2012

Genesis

          1 comment   
 ♫ "Nur fur dich" Wise Guys
Ku mojemu zdziwieniu ogarnęłam już blogspota. Całkiem miły serwer, trzeba się tylko przestawić...
Jestem obeznana z onetem, troszkę z mylogiem, ale to będzie coś nowego!
Właściwie dlaczego zakładam nowego bloga? Sama nie wiem, pewnie właśnie dlatego, że nigdy nie miałam blogspota. No i blog lepiej nadaje się do takich rzeczy niż photoblog (przy okazji zapraszam: haletha.fbl.pl). A może dlatego, że mój poprzedni blog służący do wyrażania myśli skończył swoje zadanie. Prowadziłam go, z różną częstotliwością, rok. Właściwie o jego istnieniu prawie nikt nie wiedział, bo i oto przecież nie chodzi. Czasami ludzi dziwi taki duchowy ekshibicjonizm... Ale mnie pisanie pozwala sobie poukładać pewne rzeczy. Zresztą właściwie nic dziwnego, przecież chciałabym zajmować się pisaniem. Mogłabym oczywiście zwyczajem romantycznych panienek zapisywać swoje sekrety w pamiętniku lub zeszycie, ale prawda okazuje się prozaiczna - mam fatalny charakter pisma. Mogłabym pisać na wordzie i chować w czeluściach komputera... A kto powiedział, że tak nie robię? Istnieją teksty nieprzeznaczone nawet dla przypadkowych oczu. Ale niektóre rzeczy muszą po prostu popłynąć w świat, żebym miała poczucie, że się wyrażam. Nawet jeśli to wyrażanie jest fikcją, bo nikt tego nie czyta... :). 
Na koniec tego małego wstępu, w którym niespodziewanie nie padło ani jedno słowo o mnie samej (oprócz jakże istotnej informacji o charakterze pisma) wyjaśnię jeszcze nazwę tegoż bloga. Non serviam czyli dokładnie "Nie będę służyć" to słowa tradycyjne przypisywane Lucyferowi, który w ten sposób zbuntował się przeciw Bogu - powiało mrokiem, nie? Coby jeszcze dołożyć inteligenckiego klimatu dodam, że non serviam pojawia się również w "Portrecie Artysty z Czasów Młodości" Joyce'a. Ah, tak Stefan... I jeszcze dodam, że jakaś hiszpanka, która zajęła mi tę nazwę pisaną przez jeden myślnik ma w ryj. Za to w ryj nie ma pan który prowadzi blog nonserviam bez żadnych myślników, a to z jednego prostego powodu: gdy podczas sprawdzania weszłam na jego blogspota i zobaczyłam Spocka (z brodą, bo z brodą, ale zawsze) jako zdjęcie profilowe nie mogłam go nie pokochać. Niezbadane są ścieżki opatrzności.