Piszę tu, bo to chyba jedyne miejsce, w którym spokojnie mogę się pojarać pewną cudowną kanadyjką, która właśnie „zrobiła mi dzień” (a może noc). Alanis Morissette, bo o niej mowa, to moja miłość dzieciństwa, towarzyszka niezliczonych podróży do Szczecina, podczas których z tatą w kółko słuchaliśmy jej płyt. Oczywiście, było to, jak zwykle w tym wieku, uczucie niezbyt świadome, gdyż moja wiedza ograniczała się do tego, że jest sobie pewna pani , która gra na harmonijce i śpiewa o tym, że jedną rękę ma w kieszeni, a drugą pali fajkę. Ponowne spotkanie z Alanis to już czasy „Flavors of Entanglement” i mój tata usiłujący przetłumaczyć „Not as we”, podczas gdy ja zakochuję się w „In Praise of the Vulnerable Man" . Po krótkich poszukiwaniach zdałam sobie sprawę, że znam i lubię całkiem sporą liczbę jej piosenek z radia i MP3. Od tamtego czasu co jakiś czas znajduję na jej płytach lub otchłani youtube jakąś jej piosenkę, która mnie zachwyca i w ten sposób poznałam już prawie całą jej dyskografię. A dziś właśnie, o boże to nie do wiary, widziałam tę Alanis Morissette (której nazwiska nadal nie umiem wymówić) na żywo…
Bilety na koncert kupiłam w sklepiku na Alex (i tu podziękowania dla autora mapy, która mnie tam doprowadziła) – 50 euro, ale nawet mama powiedziała, że warto było. Linią U7 dotarłam na miejsce bez przeszkód. Koncert odbywał się w miejscy znanym jako Cytadela Spandau, która w istocie była cytadelą z murami, fosą i mostem. Impreza była dla mnie wyjątkowa z kilku powodów, przy czym pierwszym jest sama osoba wokalistki – kobiety i nie – japonki, co jest o tyle znaczące, że Alanis pozostaje jedyną przedstawicielką płci pięknej, którą słucham, z wyjątkiem kilku popowych piosenek (wszyscy mamy chwile słabości). Po drugie koncert był bardzo duży, na pewno większy niż wszystkie, niszowego bądź co bądź, jrocka. Po trzecie odbywał się na dworze, nie w klubie i teoretycznie na siedząco. Zastanawiało mnie więc jaka będzie panowała atmosfera. Przy wchodzeniu panowała niezwykła kultura i spokój, wejście było szerokie, nie przypominające ciasnych korytarzy klubów, a zresztą ludzie w przedziale wiekowym 1 – 70 to nie tłum nastolatek walczących na śmierć i życie o miejsce jak najbliżej ukochanego muzyka. W środku panował istny festyn, ludzie jedli, pili i bawili się. Kupiwszy sobie kanapkę z rybą, udałam się na swoje miejsce. Tam też zapoznałam się z siedzącymi obok mnie Polakami z Wrocławia. Koncert rozpoczął się z półgodzinnym, dość przewidywalnym, opóźnieniem. Gdy tylko na scenie pojawiła się Alanis, tłum wstał i wiedziałam, że nie mam czego szukać na siedzącym miejscu. Opuściłam więc moich Polaków i poszłam szukać ludzi, którzy mają ochotę trochę poskakać. Miejsce z boku sceny dawało, co prawda, nieco gorszy widok, ale za to było tam zdecydowanie żywiej. Ludzie rozkręcali się powoli, przez kilka pierwszych piosenek, na które niestety przydało także moje ukochane „All I really want”, które dzielnie usiłowałam śpiewać, choć wersja koncertowa znacznie różniła się od tej znanej mi z nagrania. Po kilku utworach, głównie ze starszych płyt, powoli zaczynało się robić coraz ciekawiej. A kiedy doszło do takich znanych piosenek jak „Ironic” czy „Hand In My Pocket” śpiewali już wszyscy. W ten sposób odkryłam, że nie tylko młodzi ludzie umieją piszczeć i świetnie się bawić, bo starsze panie, matki z dziećmi i faceci z brzuchami piwnymi też dawali z siebie wszystko. Alanis również była pełna energii, skakała, dziękowała fanom i robiła za pomocą swojego niesamowitego głosu wszystko, by koncert pozostał niesamowitym wydarzeniem. Mogliśmy również podziwiać jej grę na gitarze klasycznej i elektrycznej oraz na harmonijce. Na koniec, jak zwykle, nie mogłam uwierzyć, że już jest po wszystkim. Oczywiście brakowało mi kilku piosenek, przede wszystkim „Right Through You”, „Are You Still Mad” lub też „Not The Doctor”, ale muszę przyznać, że znalazło się i tak wystarczająco wiele uwielbianych przeze mnie utworów. Pozostało tylko wracać niemożliwie zatłoczonym U7 do Neukolln. Cóż, nawet gdy to wszystko opisałam, nadal nie wierzę, że widziałam na żywo TĘ Alanis Morissette.
Na koniec jedno brzydkie zdjęcie mojego autorstwa (czekam na oficjalne) oraz Zitadelle Spandau od góry - jak widać to całkiem magiczne miejsce na koncert pod gołym niebem, a ja chcę jeszcze wyrazić swoją niezwykłą wdzięczność za dobrą pogodę, bez której nic by się nie udało. Idę spać, bye.



Ej ale ja też już opatentowałam to, że to wcale nie jest tak, że tylko złe fangirle z gimnazjum piszczą. Na Perfekcie przedział wiekowy był podobny, a jakoś żywiołowości publice bym nie odmówiła.
OdpowiedzUsuńno właśnie xD
Usuń